Amerykańsko-japońskie zmagania na Pacyfiku, to na pewno jeden z najbardziej barwnych teatrów działań podczas drugiej wojny światowej. Bitwy, w których brały udział dziesiątki jednostek morskich i setki samolotów, wpłynęły znacząco na losy całej wojny. Teraz możemy je przeżyć na monitorach naszych pecetów. No prawie...
Jak zaprezentować rzeszom spragnionych wrażeń graczy chociaż namiastkę tego, czym były wielkie morskie batalie drugiej wojny światowej? Oczywiście zawsze pozostają nieśmiertelne strategie turowe, jednak... Nie oszukujmy się, żyjemy w czasach, w których komercyjny sukces trudno osiągnąć, wydając pozycje przeznaczone dla bezkompromisowych miłośników realizmu. Przykre to trochę, jednak z drugiej strony gry jako rozrywka już od lat ludyczna, mają nas bawić, nie zaś przyprawiać o ból zębów. Niejednokrotnie zresztą okazywało się, że siła tkwi w prostocie, czego najlepszym przykładem może być właśnie seria Battlestations.
ZA CHWILĘ DALSZY CIĄG PROGRAMU
Pacific nie jest pierwszym tytułem z cyklu, bowiem już dwa lata temu programiści z węgierskiego oddziału Eidosu oddali w nasze ręce Battlestations: Midway. Gra została bardzo dobrze przyjęta zarówno przez recenzentów, jak i graczy, choć powszechnie wytykano jej kilka wad, w tym dość ubogą (i tylko amerykańską) kampanię. Nie powinno to jednak zbytnio dziwić, tytuł powstał bowiem przede wszystkim z myślą o rozgrywkach w sieci, do których rzeczona kampania miała być jedynie przygrywką. Na tym polu okazała się produkcją niezwykle grywalną, potrafiącą przyciągnąć nie tylko „niedzielnych graczy”, ale i zatwardziałych fanów hardcore’owych symulatorów i strategii.
Battlestations: Pacific, to nic innego, jak kontynuacja idei znanych z pierwszej gry, poddana kilku zmianom i kosmetyce. Przede wszystkim otrzymujemy tym razem dwie pełnokrwiste kampanie (japońską i amerykańską), przy czym w przeciwieństwie do Soviet Assault, nie mamy tu wrażenia żerowania na głodnych czegokolwiek nowego graczach. Stając po stronie gwieździstego sztandaru zaczniemy bowiem tam, gdzie poprzednia gra nas pozostawiła – za nami Midway, przed nami trudna droga do japońskich wysp.
CZŁOWIEK Z WYSOKIEGO ZAMKU
Najbardziej ciekawie prezentuje się jednak kampania japońska, która nie dość, iż składa się z kilkunastu misji, to na dodatek jest w dużej mierze... historią alternatywną. Tak, tak! Pamiętacie słynnego Panzer Generala i podbój całego świata przez Trzecią Rzeszę? Tutaj również po (tym razem) wygranej bitwie pod Midway i odparciu desantu na Guadalcanal, stajemy przed szansą otwarcia dla synów Nipponu wrót Ameryki. Kampania Stanów Zjednoczonych jest już dużo wierniejsza wydarzeniom historycznym i pozwala nam jedynie na samodzielne osiągnięcie zwycięstw, których ktoś już przed nami dokonał.
Sama rozgrywka rozczarować może na pewno początkowo wszystkich fanów realistycznych symulacji. Najprościej bowiem nazwać można Battlestations zręcznościową grą akcji z elementami taktycznymi. Zręcznościówka i taktyka w jednym? Dziwne? Owszem, ale możliwe i na dodatek bardzo grywalne. W grze operujemy bowiem równolegle na dwóch płaszczyznach działania. Na prostej i przejrzystej mapie taktycznej możemy wydawać w wygodny sposób rozkazy wszystkim podległym nam jednostkom, powierzając ich prowadzenie SI i podziwiając efekty. Klikamy podległy oddział i wyznaczamy mu marszrutę lub cele ataku. Kiedy jednak uznamy, że w którymś z punktów bitwa wymaga naszego bezpośredniego udziału, po prostu wskakujemy do kabiny myśliwca, czy przejmujemy kontrolę nad działami pancernika.

Nowym i mocno wpływającym na rozgrywkę elementem jest teraz znacznie większa interakcja z... lądem. Nie dość, że znajdują się na nim liczne instalacje (działa plot, stacje radarowe, lotniska, hangary), to dodatkowo dostajemy często pod swoje rozkazy wrażliwe na ataki okręty desantowe i musimy owe instalacje przejmować. Misje takie należą do najciekawszych, jednocześnie musimy bowiem chronić transport, opędzać się od wrogich samolotów i okrętów, ostrzeliwać umocnienia oraz wysadzać desant. Dzieje się dużo, szybko i jednocześnie.
Zachowanie się poszczególnych maszyn i ich sterowanie, to typowa zręcznościówka (mamy jednak tryb widoku z kokpitu samolotów), choć ubarwiono ją kilkoma elementami zwiększającymi nieco realizm. Innymi słowy, każdy z samolotów czy okrętów ma inne charakterystyki, wyraźnie odczuwa się różnicę prędkości czy zwrotności, w ekstremalnych przypadkach można nawet doprowadzić do utraty siły nośnej. Zdecydowanym regresem jest natomiast cudowna zdolność wszystkich maszyn do automatycznego odnawiania zapasu bomb, rakiet czy torped. Na szczęście obligatoryjna jedynie w kampanii – ustawiając reguły gry sieciowej, można ją po prostu wyłączyć.
GDZIE OŚMIU SIĘ BIJE...
Nie da się ukryć, że Battlestations będący przecież oferującym egzotyczny i rzadko eksploatowany teatr działań konkurentem serii Battlefield, jest tytułem projektowanym przede wszystkim z myślą o rozgrywkach sieciowych. Nawet najlepsza SI (a tutejsza prezentuje sobą raczej średni poziom) nigdy nie zastąpi nieprzewidywalności żywego człowieka. Na każdej z ośmiu map w pięciu dostępnych trybach rozgrywki może uczestniczyć od dwóch do ośmiu graczy. Możliwa jest zresztą nie tylko zabawa PvP, ale również kooperacja przeciwko SI, zaś każdą z kombinacji możemy rozegrać również solo, w trybie Skirmish.
Choć sporo zabawy dostarcza nam sama kampania, to jednak dopiero tutaj gra pokazuje pazury. Mimo typowo zręcznościowego charakteru zabawy (a może właśnie dzięki niemu?), przez długie godziny chcemy więcej i więcej. Walki z żywymi przeciwnikami wciągają i pochłaniają, zaś wspomniana już opcja włączeni/wyłączenia odnawiania uzbrojenia sprawia, iż na każdej z map możemy bawić się zarówno przez kilkanaście minut, jak i toczyć trwające nawet dwie godziny bitwy! Dodatkowym atutem jest – mimo epickiego charakteru potyczek – świadomość bezpośredniego wpływu naszych działań na losy bitwy.
Mimo tego, że jak już wspomniałem, gra ma charakter przede wszystkim zręcznościowy, to jednak nie sposób jej odmówić realizmu w jednej kwestii – odwzorowania modeli poszczególnych jednostek i maszyn. Dodajmy do tego warunki pogodowe, przepiękny ocean i... tylko lądy psują nieco wizerunek całości. Co jednak najważniejsze, silnik gry jest naprawdę dobrze zoptymalizowany, podczas gry na maksymalnych ustawieniach w rozdzielczości 1920x1200 nie uświadczyłem ani jednej, najmniejszej nawet przycinki. Niesamowite wrażenie robią także filmy powiązane z kampaniami – scena z przelatującym obok nadbudówki lotniskowca eksperymentalnym myśliwcem Shinden na długo zapada w pamięć. Odpowiednio patetyczne motywy muzyczne i doskonałe udźwiękowienie (z mocnym subwooferem po salwie głównej artylerii Yamato trzęsą się szyby) dopełniają obrazu całości.
Dla osób, którym przypadło do gustu Midway, jest to pozycja ze wszech miar godna polecenia – wszystkiego jest po prostu więcej. I choć tytuł nie jest dedykowany miłośnikom hardcore’owych strategii, czy symulacji, to jednak może on dla nich stanowić całkiem przyjemną (i klimatyczną!) odskocznię po kolejnych godzinach skrupulatnego odliczania ruchu na heksach. Czego najlepszym dowodem niżej podpisany.