Do tego, że na pecetowe premiery niektórych konsolowych hitów musimy czekać niekiedy po kilka miesięcy, przyzwyczaił się już chyba każdy. W przypadku serii Resident Evil, jest to norma, a dodatkowo nie zawsze efekt końcowy potrafi zadowolić miłośników sterowania myszą i klawiaturą. Czy „piątka” zmieni coś w tej materii?
Niespodzianka – i owszem. System sterowania w nowym RE jest chyba najbardziej przyjaznym w historii pecetowych portów tego cyklu. Wystarczył jeden, niezwykle prosty trik – zaimplementowanie obsługi myszki. Owszem, jest to nieco złośliwe, ale pamiętajmy o tym, że przecież bardzo udaną czwartą część serii rozłożyło na łopatki właśnie ewidentnie nieprzystosowane do pecetów sterowanie. Tym razem każdy posiadacz myszki może już zacierać z uciechy ręce – gra jest naprawdę niezła, a dodatkowo nie będziemy musieli biec do sklepu po najtańszego nawet pada, by chociażby móc się bezstresowo poruszać po lokacjach. Bezstresowo? Nie do końca. Przecież to Resident Evil...

Dawno, dawno temu, bo w latach sześćdziesiątych XX wieku grupa naukowców rozpoczęła prace nad stworzeniem biologiczno-organicznej broni. Pod tym określeniem kryje się to, co znamy doskonale z każdej części serii – obdarzone nadludzkimi możliwościami mutanty, które pełnić miały rolę superżołnierzy. Na rynku pojawia się potężny koncern farmaceutyczny Umbrella, którego oficjalna działalność jest jedynie przykrywką dla prowadzonych w tajnych laboratoriach badań. Wypadek w Racoon City rozpoczyna serię wydarzeń, która doprowadza do ujawnienia prawdy o Umbrelli i ostatecznego posłania korporacji w niebyt. Wciąż jednak żyją na świecie ludzie, którzy uważają się za jej „duchowych spadkobierców”, stwarzając tym samym zagrożenie dla ładu, porządku, pokoju, prawa i sprawiedliwości.
Dlatego z czasem powołana zostaje do życia organizacja do walki z bioterroryzmem BSAA, której członkiem i współzałożycielem jest znany doskonale fanom serii Chris Redfield. Mając poparcie wielu rządów, BSAA rozszerza coraz bardziej swe kompetencje i formuje oddziały szybkiego reagowania. Wciąż jednak, choćby w Afryce, jest wiele krajów, gdzie oficjalnie organizacja nie ma wstępu. Oficjalnie nie, lecz przecież zawsze pozostają agenci. Jedną z najlepszych afrykańskich agentek BSAA jest niejaka Sheva Alomar, która przydzielona zostaje jako przewodnik i tłumacz Chrisowi. Rozpoczyna się ich pierwsza wspólna misja.

Kolejna niespodzianka. Bywało już, że w RE mieliśmy do czynienia z dwoma grywalnymi postaciami, nigdy jednak... jednocześnie. Widać tu od razu, że gra od podstaw stworzona została z myślą o trybie kooperacji – który swoją drogą sprawdza się doskonale – najważniejsze jednak, że drugi bohater towarzyszy nam przez całą grę nawet w trybie single. Co więcej, całość zaprojektowano w ten sposób, że w wielu miejscach pomoc drugiej postaci jest po prostu niezbędna, a jej śmierć oznacza powrót do ostatniego zapisu. Nasza partnerka (lub partner po odblokowaniu gry Shevą) zazwyczaj zachowuje się przyzwoicie, choć bywa, że SI sporadycznie potrafi nas wyprowadzić z równowagi – zdarza się wchodzenie w ogień przeciwnika, odbieganie w drugi koniec lokacji, a nawet zupełny brak reakcji na tłumy wrogów.

Początkowo wzbudzające kontrowersje przeniesienie akcji gry do Afryki w rezultacie doskonale wpasowuje się w klimat rozgrywki. Tym bardziej, że bardziej przypomina ona obecnie połączenie „Helikoptera w ogniu” (klimat) z Gears of War (ogólny schemat), niż survival horror. Praktycznie całkowicie brak już tego poczucia zagrożenia i strachu towarzyszącego pierwszym tytułom, nawet zazwyczaj brakującej amunicji mamy teraz całe worki. W pierwszych częściach nawet kilku zarażonych mogło być problemem, a pojedynczy licker szybko uczył nas pokory – tutaj kosimy ich całe hordy, co chwilę zmieniając magazynek. Szkoda też, że po raz kolejny nie możemy jednocześnie poruszać się i strzelać, o konieczności zatrzymania się w czasie przeładowania broni nie wspomniawszy. Mimo to, rozgrywka wciąga i nie puszcza, a podczas pierwszego przechodzenia gry niejeden raz poczujemy przypływ adrenaliny.

Zawdzięczać to możemy głównie bossom, którzy tradycyjnie wymagają odkrycia i wypracowania odpowiedniej taktyki oraz sposobu na ich pokonanie. Oczywiście część z nich da się pokonać po prostu tonami ołowiu, często jednak trwającą nawet kilkadziesiąt (!) minut walkę można zakończyć w ten sposób w zaledwie kilka. Jako, że w zasadzie każdy z rozdziałów kończy się walką z bossem, będziemy mieli sporo okazji by wykazać się sprytem i pomysłowością. Niestety życia nie ułatwi nam menu i ekran ekwipunku, który zgodnie z tradycją jest jednym z najgorzej pomyślanych i wykonanych w historii gier.
Rewelacyjnie wypadają natomiast przerywniki filmowe (jest ich mnóstwo), często wzbogacane o QTE, co jeszcze bardziej podnosi poziom adrenaliny podczas panicznego poszukiwania odpowiedniego klawisza. Dodatkowo twórcy wzbogacili grę o kilka elementów uatrakcyjniających rozgrywkę, takich jak choćby niezwykle dynamiczne etapy pościgowe. Ze względu na podporządkowanie całości fabule gra jest oczywiście całkowicie liniowa, co jednak w tym przypadku zupełnie nam nie przeszkadza. Zrezygnowano również z kojarzonego z serią systemu zapisu za pomocą maszyn do pisania – teraz następuje on automatycznie w określonych punktach. Troszkę szkoda tego charakterystycznego stukotu, choć z drugiej strony jeszcze bardziej liniowa rozrywka – nie wracamy praktycznie nigdy do odwiedzonych lokacji – akurat sprzyja nowemu systemowi.

Gra jest za to absolutnym mistrzostwem świata w kwestii ukrytej zawartości – w zasadzie każda akcja (od ulepszania broni, po wyśrubowany czas przejścia gry) może nam odblokować nowe atrakcje i dodatki. Właśnie to plus opcja kooperacji sprawia, że dla fanów RE5 oferuje – mimo, iż jest krótsze niż część czwarta - przynajmniej kilkadziesiąt godzin rozrywki; odblokowanie wszystkiego nie będzie możliwe bez przynajmniej kilkukrotnego przejścia całości. Jako wisienkę na torcie dostajemy również – zgodnie z tradycją – tryb Najemnicy, w którym będziemy mogli wyładować swoje frustracje i agresję na nieprzeliczonych hordach majini (afrykańscy zarażeni). Różnorodnych atrakcji jest w grze naprawdę mnóstwo, więc osoby o kolekcjonerskich zapędach będą miały zajęcie na kilka długich, jesiennych wieczorów.

Oprawa graficzna w wersji pecetowej po raz pierwszy w historii serii jest adekwatna do możliwości nowoczesnych komputerów. Gra wygląda po prostu świetnie, tekstury na głównych postaciach dramatu potrafią zrobić wrażenie i nie psuje tego nawet przyjrzenie się ścianom, czy obiektom przez lunetę snajperki – większość czasu spędzamy i tak w trybie TPP, a w nim wszystko wygląda świetnie. Co jednak najważniejsze, gra w rozdzielczości 1920x1200 na GTX260 przez cały czas wyświetlała około 60 klatek, a po wyłączeniu synchronizacji pionowej średni framerate oscylował wokół 75 fps. Oznacza to, że tytuł powinien bez problemu działać nawet na nie najnowszych pecetach.
Nowy Resident Evil, to mimo wszystkich wytkniętych bezlitośnie wad, gra naprawdę warta polecenia. Gra, a w zasadzie interaktywny film z mnóstwem akcji, strzelania i kilkoma ciekawymi pomysłami. I choć trudno już zaliczać ten tytuł do gatunku survival horrorów, to jednak dla fanów cyklu jest to pozycja prawie obowiązkowa, dopowiadająca i zamykająca kilka rozpoczętych jeszcze w pierwszej części wątków. Do tego otrzymujemy świetnie zrealizowany tryb kooperacji i mnóstwo dodatkowej zawartości do odblokowania, co sprawi, że fanatykom gra starczy na naprawdę wiele godzin. Na koniec instrukcja obsługi oceny: fani starych Residentów odejmują pół gwiazdki, miłośnicy przemiany cyklu tyleż samo dodają.