Czyste ulice; idealnie przystrzyżone trawniki; schludni mieszkańcy dbający o dobrosąsiedzkie stosunki, a nade wszystko matki z dumą wypełniające swe rodzicielskie powinności, otoczone radosnymi pociechami w pastelowych ubrankach… Oto lansowany w wielu starych amerykańskich filmach sielski obraz tamtejszych przedmieść, zasiedlonych głównie przez przedstawicieli klasy średniej, a więc osoby zamożne, kulturalne i wykształcone.
Czego chcieć więcej? Wszak to musi być istny raj na ziemi. Niestety, mieszkańcy owego raju często przeżywają swój osobisty czyściec, a czasami zstępują wprost do piekła. Na tych uładzonych przedmieściach, za cukierkową fasadą uprzejmości i uśmiechów toczy się bowiem prawdziwa wojna, w której nie bierze się jeńców. Wojna domowa – między mężami a żonami, między rodzicami a dziećmi – i brutalne starcia z sąsiadami, gdzie kość niezgody stanowić może zarówno budząca szaleńczą zazdrość piękna rabatka w ogródku, jak i dziecięce rowery porzucone na jezdni. Podczas wszystkich bitew jedyną ostoją i osłodą życia są bliskie osoby. Dla zmęczonych borykaniem się z upiorną codziennością pań domu przedstawionych w serialu „Gotowe na wszystko” (Desperate Hausewives) są to przyjaciółki, choć stwierdzić by można, że dziwna to przyjaźń, której podstawowym wręcz elementem jest rywalizacja. Cóż, taki już urok przedmieścia.
Wyżej wymienione kwestie stanowią kanwę tego serialu, lecz to nie wszystko, co można tam znaleźć. Widzowie otrzymują wybuchową mieszankę czarnej komedii, kryminału i kina obyczajowo-psychologicznego, sięgającego głębiej niż tylko wykpiwanie stereotypów. Owo wizualne danie aż kipi od intryg, a w dodatku podane zostało w smakowitym lekko filozoficznym sosie.

Kolejne odcinki w zabawny, choć momentami mrożący krew w żyłach sposób opowiadają o czterech przyjaciółkach, ich rodzinach i sąsiadach, mieszkających na fikcyjnej ulicy Wisteria Lane, w fikcyjnym mieście Fairview, w równie fikcyjnym stanie Eagle State, w USA. Kobiety te, użerając się z codziennymi problemami, zdradzając mężów lub będąc zdradzanymi, próbują rozwiązać zagadkę tajemniczego samobójstwa bliskiej ich sercom sąsiadki. A to dopiero początek, bo wkrótce będą miały do czynienia z morderstwem, i to nie jednym… Co ciekawe, narratorką opowieści jest owa samobójczyni, która wciąż towarzyszy nieświadomym niczego przyjaciółkom, obserwując i komentując ich życie, a także krok po kroku odsłaniając przed widzami przyczyny swego czynu i związane z tym okoliczności. Jak sama mówi, po śmierci zmysł wzroku niesłychanie się wyostrza, dzięki czemu dostrzega się tajemnice, których inni nie potrafią lub nie chcą dostrzec. Pomysł z tak prowadzoną „wszechwiedzącą” narracją, stanowiącą zarazem specyficzną diagnozę stawianą bohaterom, dodaje serialowi pikanterii.

Główne bohaterki to Susan Mayer (Teri Hatcher), Lynette Scavo (Felicity Huffman), Bree Van De Kamp (Marcia Cross) oraz Gabrielle Solis (Eva Longoria Parker). Prezentują one cztery swoiste archetypy „kur domowych”. Susan to pechowa rozwódka, a zarazem artystka, Lynette – kobieta sukcesu, która porzuciła błyskotliwą karierę zawodową, żeby wychowywać dzieci, bo przebywając z matką „będą miały mniej stresów” (skutkiem czego sama nabawiła się stresów grożących wakacjami w domu wariatów), Bree – dama, idealna pani domu, zawsze widząca się w tradycyjnej roli żony i matki, i wreszcie Gabrielle – była modelka, „ozdoba” bogatego męża, dla której najbardziej odrażającymi rzeczami są prace domowe i wizja zajścia w ciążę.

Oprócz odmiennych postaw mamy możność podziwiać wykreowane przez scenarzystów różnorodne charaktery tych postaci, a tym samym różne pułapki, w jakie same się zapędzają, i różne rodzaje… egoizmu. Ogólnie rzecz biorąc, serial bardzo dużo mówi nie tylko o przyjaźni, ale o egoizmie i okrucieństwie. Obserwując, co wyprawiają bohaterki i bohaterowie, widzimy rodziców bardziej egoistycznych niż dzieci, dla których dobra (we własnym mniemaniu) zrobią „wszystko”, jak również dzieci, których celem staje się ukaranie rodziców. Prawdziwej frajdy dostarczają chwile, gdy ekranowi rodzice okazują się bardziej dziecinni niż ich latorośle (vide Susan i jej córka Julie - rewelacyjna Andrea Bowen).
Oglądając apodyktyczną, egotyczną, przerażająco zimną i bezlitosną Bree, która jednocześnie nosi w sobie potworne poczucie winy, od którego odcina się kompulsywną dbałością o dom; skoncentrowaną na sobie, a zarazem ogromnie wrażliwą i ciepłą Susan; pełną sprzeczności, bystrą Lynette, która cierpi, ponieważ w pracy była zawsze najlepsza, a jako matka kompletnie sobie nie radzi, i wreszcie zepsutą, samolubną, lecz budzącą sympatię Gabrielle, która gra w absurdalne gierki z jeszcze bardziej egoistycznym mężem i nie może znaleźć w życiu celu, dostrzegamy coś więcej niż tylko żony i matki. Dzięki wszelakim przejaskrawieniom dostrzegamy, że kobiety naprawdę chcą czegoś więcej. Dostrzegamy ludzi w całej ich złożoności i niejednoznaczności.

Ciekawe są także nieco mniej wyeksponowane w tym sezonie kobiety, zwłaszcza „zimna suka” Edie Britt (rozbrajająca w tej roli Nicollette Sheridan), oraz partnerzy naszych bohaterek. Carlos Solis (Ricardo Chavira), Mike Delfino (James Denton), Tom Scavo (Doug Savant), Rex Van De Kamp (Steven Culp) i mąż narratorki (granej przez Brendę Strong) Paul Young (Mark Moses) z początku wydają się postaciami stricte drugoplanowymi, ale z biegiem czasu poznajemy ich samych oraz ich motywacje równie dobrze jak główne bohaterki. Postacie te nieraz nas zaskoczą – już wyrabiamy sobie na ich temat opinię, aż tu nagle dzieje się coś, co przewartościowuje ocenę sytuacji.
Podsumowując, wielkie brawa dla twórców scenariusza, którzy świetnie pokazali to, że człowiek nie jest stworzony do samotności, jak również paradoks, że najbliższe sobie osoby często zupełnie do siebie nie pasują, a mimo to nie mogą bez siebie żyć.
Także praca reżyserów i pomysłowe ujęcia zasługują na pochwałę. Warto zwrócić uwagę na zdjęcia, które wskutek nadmiernie wyeksponowanych pastelowych barw podkreślają sztuczność tego, co widzimy na ekranie – pogoda ducha pokazywana sąsiadom na Wisteria Lane; sprawiające idylliczne wrażenie wielkie domy oraz soczysto zielone trawniki to fasada, za którą nieraz skrywa się tragedia. Bardzo ciekawa jest też sama czołówka serialu. Kiedy poznamy już bohaterki, wyraźnie widzimy, który jej element dotyczy której z pań, a tym samym możemy docenić, jak wszystko zostało szczegółowo wykreowane.
Pierwszy sezon „Gotowych na wszystko” jest i znakomity sam z siebie, i bardzo estetycznie wydany, aczkolwiek niektórzy mogą uznać, że płyty DVD zostały nadmiernie zabezpieczone przed użytkownikami. Wyjmując je, należy wykazać się ostrożnością i gotowością na wszystko, żeby ich w akcie desperacji nie połamać…
Nieco poważniejszą kwestię stanowi tłumaczenie, które wprawdzie nie zmienia
sensu wypowiedzi bohaterów (z wyjątkiem pewnego błędu w ostatnim
odcinku...), ale do wierności z oryginałem nieco mu brakuje, tak że osoby
władające j. angielskim mogą sobie spokojnie darować podpisy. Aktorzy mówią
bardzo wyraźnie, bez specyficznego, regionalnego akcentu, zatem widz nie
powinien mieć problemu ze zrozumieniem.
Na zakończenie trzeba niestety wspomnieć o pewnej, delikatnie rzecz ujmując, niezręczności wydawcy, która może spowodować, iż część potencjalnych odbiorców nawet nie sięgnie po ów serial. Zabawa słowna nawiązująca do tytułu, czyli zakończenie notki na okładce pytaniem: „Czy jesteś na nie gotowa?”, sugeruje, że widz płci męskiej nie jest tu mile widziany. Niestety, w j. polskim termin „osoba” jest mniej popularny niż termin „człowiek”, a termin „widz”, który wszak dotyczy obu płci, również ma rodzaj męski, a więc zwrócenie się w formie żeńskiej automatycznie sugeruje adresatkę, a nie adresata. Zestawmy to jeszcze z faktem, że pierwszoplanowe postacie serialu to kobiety, narracji dokonuje kobieta, a więc mamy do czynienia przede wszystkim z kobiecą perspektywą… W efekcie wielu mężczyzn, którzy doskonale by się bawili podczas oglądania („Gotowe na wszystko” mają wielką liczbę fanów, a nie tylko fanek), odłoży owo wydanie z powrotem na półkę w sklepie, sądząc, że mają do czynienia z „czymś dla bab”, z jakąś wysoko budżetową mydlaną operą.

Cóż, w naszej kulturze występuje dość naiwny pogląd, że pewne filmy są „dla kobiet”, a inne „dla mężczyzn”, mimo że sporo kobiet uwielbia horrory i krwawe kryminały, a sporo mężczyzn, zwłaszcza starszych, cukierkowe telenowele i romantyczne komedie. Dlatego też wiele odbiorczyń (poniekąd słusznie) wścieka się na jedynie męską formę zachęty na okładkach książek i filmów, jednakże w drugą stronę to również strzał w kolano – a już zwłaszcza w przypadku tak „uniseksowej” historii jak ta ukazana w „Gotowych na wszystko”. Czy naprawdę tak trudno napisać: Panie i Panowie, czy jesteście na nie gotowi?.
„Gotowe na wszystko” to opowieść, w której znajdziemy wszystko i dla wszystkich. Jest tu i coś dla zdeklarowanych feministek, i dla tradycjonalistek, dla bardzo „samczych” twardzieli i dla wrażliwych mężczyzn, którzy brzydzą się postawą macho. Naprawdę warto obejrzeć – zabawa gwarantowana.
A zatem: Panie i Panowie, czy jesteście na nie gotowi?